• Kiedy nauka spotyka się z pasją. Dawida Głowni spojrzenie na kino japońskie w "Sześciu widokach..."

    wtorek, 21 maja 2013 15:17
  • Amanojaku. Niewyraźna sylwetka wyrazistego artysty

    niedziela, 06 stycznia 2013 10:41
  • Recenzja: Japanese Animation: Time out of Mind (Chris Robinson)

    sobota, 10 listopada 2012 08:10
  • Gdy żałujesz, że nie jesteś martwy. Kino Takeshiego Kitano

    wtorek, 10 lipca 2012 16:57
  • Kroniki Gojiry. Wolumen pierwszy: Potwora bycie i niebycie

    czwartek, 14 czerwca 2012 09:22
  • Od wyzwolenia do upodlenia - recenzja Guilty of Romance (2011)

    czwartek, 14 czerwca 2012 09:20
  • Recenzja: Demon (1972) Kihachirō Kawamoto

    piątek, 11 maja 2012 16:47
  • Czytając Godzillę: Między doświadczeniem jednostki a doświadczeniem narodu

    sobota, 28 kwietnia 2012 10:10
  • A ja wolę moją mamę – recenzja Rebirth (2011)

    piątek, 27 kwietnia 2012 10:18
Home Publicystyka Recenzje Recenzja: GANTZ (2011)
Recenzja: GANTZ (2011)
Wpisany przez Katarzyna Buraczyk   

Przeniesienie mangi na ekran to często nie lada wyzwanie. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi tytuł, który sprzedał się w kilkunastomilionowym nakładzie i ma ogromne rzesze fanów, śledzących jego fabułę od ponad dekady. Duża grupa potencjalnych odbiorców to spora szansa na zysk, ale co zrobić, gdy ma się do czynienia z opowieścią brutalną, momentami darwinistyczną, która w dodatku wciąż nie doczekała się zakończenia, a pytania w niej postawione – właściwej odpowiedzi? Jak odzyskać miliony dolarów wydane na efekty specjalne i nie zabijając klimatu samej opowieści, przyciągnąć do kin szerszą publiczność? Na te pytania z pewnością musieli odpowiedzieć sobie producent Takahiro Sato i reżyser Shinsuke Sato, gdy przystępowali do prac nad adaptacją bestsellerowej mangi Hiroyi Oku GANTZ, która ukazuje się na łamach magazynu dla młodych mężczyzn Weekly Young Jump od 2000 roku.

Dla Takahiro Sato nie było to pierwsze podobne wyzwanie. W 2006 roku został współproducentem ekranizacji niezwykle popularnego komiksu Death Note, podobnie jak GANTZ rozbitego na dwa filmy i kręconego z myślą o publiczności wykraczającej poza krąg fanów tytułu. Niestety, tak jak w przypadku swojej poprzedniczki ekranizacja GANTZ pozostaje cieniem adaptowanego komiksu i dowodem na to, że kompromisy nie popłacają tam, gdzie kontrowersje stanowią o sukcesie.

Manga Hiroyi Oku to łącząca elementy kina akcji, science fiction i horroru opowieść o dwójce przyjaciół ze szkoły podstawowej, którzy po paru latach spotykają się przypadkowo na stacji metra… i giną, ratując pijanego mężczyznę od niechybnej śmierci pod kołami pociągu. Tak im się przynajmniej zdaje, gdyż w momencie, w którym powinni wyzionąć ducha, zostają przeniesieni do pustego pokoju z widokiem na Tokyo Tower, gdzie oprócz innych oszołomionych sytuacją osób znajduje się tajemnicza czarna kula – GANTZ. Kei Kurono i Masaru Kato stają się od tej pory częścią pośmiertnej gry, której celem jest eliminacja przebywających na ziemi kosmitów (przybierających najróżniejsze formy) w zamian za punkty, które można wymienić na bonusy, w tym na powrót do normalnego życia.

Sukces mangi GANTZ polega na jej bezkompromisowości. To opowieść pełna przemocy i w większości niewymuszonej tokiem narracji nagości. Centralna postać tej historii, Kei Kurono, to antybohater, zakompleksiony licealista, który jest doskonałym „nikim”. Ani specjalnie mądry, ani zbyt przystojny, nie wyróżnia się z tłumu jemu podobnych. Sytuacja zmienia się, gdy trafia do świata GANTZ, gdzie szybko odkrywa swoje powołanie. Z biegiem czasu Kurono staje się liderem grupy, jednocześnie jedyną postacią, która przechodzi swoistą przemianę w całej historii.

Na drugim biegunie znajduje się Masaru Kato, moralny kręgosłup całej serii. Z powodu wzrostu, siły, ale i żelaznych zasad naturalny przywódca, który chce ratować nie tylko siebie, ale i wszystkich wokół. Ze swoim naiwnym podejściem i wiarą w dobro Kato wydaje się zbyt idealny, ale w każdej beczce miodu znajduje się łyżka dziegciu. Ten na co dzień łagodny i opiekuńczy typ miewa napady agresji, w efekcie zamiast liceum zdążył zaliczyć poprawczak. Nie zmienia to faktu, że Kato ma ogromny wpływ na Kurono i pozostałych członków grupy, mobilizując ich do działania i dodając otuchy.

Jednak postawa Kato to rzadkość i tym, co najbardziej uderza w GANTZ, jest pesymistyczne spojrzenie na samą ideę człowieczeństwa. Gra zmienia ludzi, którzy w obliczu zagłady za cel stawiają sobie przetrwanie. Obecność zagrożenia jednych paraliżuje, ale innych uzależnia. Twórca mangi różnicuje wiek, płeć i pochodzenie społeczne swoich bohaterów, od wyobcowanego gimnazjalistę poprzez celebrytkę, wdowca w średnim wieku aż do małego chłopca. Co więcej, nie przywiązuje się on do postaci i ta nieprzewidywalność stała się jednym ze znaków rozpoznawczych serii. Oku potrafi przekonać czytelnika do bohatera, po czym zabija go w dalszym toku narracji i ta zasada tyczy się każdego członka drużyny. Stąd też GANTZ obfituje w dramatyczne zwroty akcji, a śmierć bohatera wcale nie musi oznacza definitywnego z nim rozstania.

Jest więc kilka punktów wyjścia, z których można budować ramy filmowej ekranizacji GANTZ. Twórcy postawili na akcję, co naturalne, jeśli brać pod uwagę, że w samym komiksie stanowi ona dominującą część fabuły. Yusuke Watanabe (scenarzysta innej filmowej adaptacji: 20th Century Boys) otrzymał więc trudne zadanie zawarcia sedna opowieści w dwóch ponad dwugodzinnych odcinkach, rzecz niemożliwa bez gruntownych zmian w narracji. Pierwsza, recenzowana tu część kończy się w momencie zamykającym pewien rozdział w fabule komiksu. Nie poznajemy odpowiedzi na żadne z nasuwających się pytań, mamy za to czas na poznanie zasad rządzących grą, a przede wszystkim samych bohaterów.

O ile wspomniany wcześniej Death Note stanowił indywidualny popis Kenichiego Matsuyamy, o tyle jedyną wartą wspomnienia kreacją w GANTZ jest postać Joichiro Nishiego. Kanata Hongo przyznawał później w wywiadach, że był fanem mangi, jeszcze zanim zaproponowano mu rolę w filmie. W efekcie z powodzeniem wcielił się w postać socjopatycznego nastolatka z nihilistycznym nastawieniem do życia, dla którego cel uświęca środki. Z kolei bezbarwna gra Kazunariego Ninomiyi sprawia, że w filmie nie uświadczymy bohatera, za którego warto byłoby ściskać kciuki. Choć scenarzysta zrobił co w jego mocy, by wykreować Kei’a Kurono na jedynego herosa tej opowieści, Ninomiya zwyczajnie nie ma ekranowej charyzmy. Miewa ją Kenichi Matsuyama, ale akurat w GANTZ zawodzi, częściowo z winy scenarzysty, który odebrał Kato inicjatywę i cechy przywódcy, czyniąc jego postać irytująco bezradną.

Spośród aktorów drugiego planu, oprócz wspomnianego już Hongo, niezły epizod zaliczył Kensuke Chisaka jako Ayumu Kato, brat Masaru. Nie najgorzej radziła sobie Natsuna jako Kishimoto, jeśli brać pod uwagę, jak instrumentalnie Oku traktował jej postać w komiksie. Pozostali służyli za statystów, nie robiąc dosłownie nic. Gołym okiem widoczny był brak pomysłu na zagospodarowanie Tomorowo Taguchiego i Yuriko Yoshitaki, z którą miał wiązać się romantyczny wątek tej opowieści. Filmowy Kurono wydaje się być bardziej zainteresowany swoim przyjacielem niż potencjalną dziewczyną, choć nie taka była wola producentów, ani autora komiksu.

W GANTZ jednoznacznie brakuje dramatyzmu, jakiego dostarcza manga. Efekty specjalne stoją na niezłym poziomie, jednak potyczki z obcymi nie wywołują wielkich emocji. Na początku jest jeszcze nieźle, ale w ostatnim starciu twórcy ponoszą porażkę. Wyjątkowo niebezpieczny kosmita nagle okazuje się możliwy do unicestwienia jednym strzałem, zaś ogromny posąg Buddy nie sprawia wielu problemów poważnie ranionemu bohaterowi, który nagle zaczyna skakać jak młoda kózka, choć przed chwilą ledwie stał na nogach.

Wreszcie GANTZ ponosi porażkę jako ekranizacja, bowiem odziera oryginalną opowieść z tego, co stanowiło o jej charakterze. Choć nie jestem zwolenniczką sposobu, z jakim Oku przedstawia postacie kobiece, jego historia ma w sobie pazur, który został wyrwany przez twórców filmu, by zapewnić sobie znane nazwiska w obsadzie i lepszą frekwencję w kinach. Ze zdziwieniem obserwuję jak ta produkcja wystrzega się wszystkiego, co niepoprawne. W efekcie pozostaje pytanie, czy warto przenosić na ekran opowieści, których kontrowersyjność może być problemem dla filmowców, choć stanowi o sukcesie tytułu. Jak pokazuje przykład Ichi The Killer czy Battle Royale można, trzeba mieć tylko odwagę. W tym wypadku zdecydowanie jej zabrakło.


Autor: Katarzyna Buraczyk


 

Aby dodawać komentarze konieczna jest rejestracja w serwisie.